Niusy

17.05. 2007

SZKOCJA : ANGLIA 1:1 LONDYN. CZĘŚĆ DRUGA



fot.: Artur Krzywański

Samolot do Londka mieliśmy o 9tej miejscowego czasu. Z hoteliku musieliśmy więc wyjechać dobrze przed siódmą. Od 7.00 wydawali w tym przybytku pyszne i pożywne angielskie śniadanka… Zważywszy fakt zwalenia się do łóżek koło 4.00 – byliśmy niewyspani, głodni (poczęstunek w klubie…) i cholernie wczorajsi. Rokendrol.

Tanie linie lotnicze wcale się do najtańszych nie zaliczają. Na lotnisku w Edynburgu przemiła szkocka niewiasta naliczyła nam karnych 50 BP za nadbagaż, czyli za gitarki i efekciki – pamiętając niewyspanie, głód i tęsknoty wczorajsze – humory mieliśmy już szampańskie wzmocnione ewidentnym opóźnieniem wylotu – choć tzw wysadzaków na pokładzie nie było nawet na lekarstwo. W sumie trasę z E. Do L. samolocik pokonał w czasie podobnym do lotu z L do P..
Po przylocie do Londynu było już koło 13tej. Dzik, Grześ i Justa, nasi londyńscy gospodarze też gdzieś utknęli w korkach. Dość powiedzieć, ze w hotelu byliśmy koło 14tej. Ktoś kto zna Kuzyna, Jula czy Mirmiła wie, ze po takim czasie bez szamki byli niedaleko śmierci. Jedynym plusem stanu „na czczo” był fakt nie zanieczyszczania powietrza przez … no wiadomo kogo, Mistrza Wszechświata w tej dyscyplinie sportu ha ha ha.

Po zjedzeniu obiadu i kąpieli wszystko się zmieniło, słońce rozwaliło się nad Londynem a na naszych paszczach banany – też stały się zaborcze. Dziku załatwił nam spanie w najbardziej freakowskiej dzielni angielskiej stolicy – na Campden. Underworld, klub, w którym grać mieliśmy też miał tu swą siedzibę. Z hotelu na próbę poszliśmy z laczka. Kiedy okazało się, że biletów na koncert od dawna nie ma, staliśmy się jeszcze bardziej bananowi…

Kiedy już wleźliśmy do środka (choć nie było to łatwe) przenieśliśmy się w czasie. Underworld mimo że to raczej znana miejscówka, klimatem przypominał solidną norę z czasów naszej kariery na scenie niezależnej. Podobnie backline – Dziadka „Marszałek” na jego rękach dokonał swego żywota, trzeba było jechać po nowego. Jula piec dogorywał od drugiego kawałka.

Jeszcze przed koncertem miałem poważną rozmowę z właścicielem klubu, który początkowo nie zgadzał się na barierki. Powiedziałem mu tylko żeby mi zaufał, bo nikt nie zna naszej publiki tak jak my sami. Przebieg wypadków potwierdził moją pewność. Rozegrało się takie piekło, że gdyby nie płotki – z klubu pierze jeno by się ostało. Tu wielki szacunek dla Zagiego, Stówy i części ludzi z No Profit, polskiej kapeli z Londynu, która nas supportowała – oni te barierki trzymali przez całą sztukę. Byli jak załoga 9 Kompanii. Zwycięzcy.

Na scenie też piekielne, jak w PRLu, nikt się nie oszczędzał, wojną pachniało – choć wszyscy pokojowo do siebie nastawieni byli. To była dzika wojna. W Polsce takich sztuk już się nie gra… No może gdybyśmy w W-wie koncert w klubie na 500 osób zrobili, to kto wie. Z drugiej strony jednak kiedy graliśmy w Proximie … to kręcących nochalami było tylu co na pielgrzymce Radia M na Jasną Górę….

Szkoda ze ludziska po koncercie tak szybko się zmyli z klubu. No, ale graliśmy w niedzielę, bezrobotnych rodaków w tym mieście za wielu nie ma, więc jesteście usprawiedliwieni. Na after party poleźliśmy nad kanał. Ciepło było. Miło było. Księżyc, gwiazdy, ekipa z Southampton. Żal było myśleć, że to już koniec.

Wielkie dzięki: Iwona, Jacek oraz Ania, Emilka i Paweł z Edynburga. W Londynie: Dzik, Justa, Grzesiek, Zagi, Stówa, No profit, Baca, Artur Krzywański.

01.05. 2007

Szkocja Anglia 1:1, część pierwsza.



fot.: anialodz’s   więcej >>

Edynburg. …Edynburg to takie polskie miasto. Większość spotykanych przez nas białych ludzi sprawnie posługiwała się naszym narzeczem. Ba, nawet pewien Pakistańczyk, już na dzień dobry przywitał nas swojskim <<dzen dobhry>> i gorąco zachęcał do zakupu lokalnej gazety po polsku. Edynburg to piękne miasto z imponującym zamczyskiem, gdzie za jedyne 11 funciaków – można – w trzy godziny – poznać cała historię Szkocji. A jak bolą po tym nogi… historycznie! Tym bardziej, że w rolę dzielnych piechurów – zwiedzaczy, wcielili się Kozak i Grabaż (ha ha ha).

W Edynburgu, podobnie jak w całej Szkocji – nigdzie nie można palić fajek: ani w restauracjach, ani w pubach ani nawet we własnym pokoju w hotelu – to było uciążliwe. Pierwszy, nie koncertowy wieczór miło spędziliśmy w towarzystwie Ani, Emilki i Pawła – 3 Polaków osiadłych w E.. Poleźliśmy do pubu i degustowaliśmy miejscowe bronki – Ohyda. Zwieźć się tym nie dało nijak. Może to i lepiej, bo nazajutrz był już koncert.

Liquid Club, miejscówka na 800 osób – dla polskich imprez kurczyła swą objętość do maximum 600 osób. Wszystko przez zamieszki z udziałem rodaków podczas pierwszej imprezie w tym miejscu. Wyobraźcie sobie państwo, że pierwszym polskim, kulturalnym ujawnieniem był tu koncert Reni Jusis… Jak zdążyliśmy się dowiedzieć w Liquid Club – poza R. Jusis grali do tej pory min. Franz F. Arctic M., Rapture, ale ponoć właściciele klubu bardziej sobie chwalą polskie eventy. Z prostego powodu: Na Franzu Ferdynandzie bar zarobił 1200 BP, na Pidżamie Porno: 3500BP. Polak potrafi!

To ponoć jeden z najlepszych klubów w Szkocji, trochę nas to zdziwiło kiedy tam wjechaliśmy. Z polskich klubów LC przypomina nieco lubelskie Graffiti. Za to sprzęt był nielubelski … był taki, że Ruskiemu i Mirmiłowi gaciochy pospadały poniżej stanów krytycznych. Na scenie też to odczuliśmy, prawdziwa przyjemność grania, bezpieczna bliskość dźwięku.

Sam koncert był fantastyczny – na sali – oczywiście 98 procent Polandu, nie śpiewali może tak głośno jak na koncertach w Warszawie czy w Krakowie, ale bawili się kozacko i sympatycznie. Najlepszą recenzją naszego koncertu będzie jednak reakcja pozostałych 2%. Obsługi i kilku szkockich Piętaszków. Goście z obsługi, na początku mieli z nas nieukrywaną polewkę, widocznie śmieszył ich nasz język i nasz szczątkowy sprzęt, który zabraliśmy z ojczyzny. Szkoci śmiali się nam niemal w twarz do momentu kiedy nasze granie ich samych zaczęło kręcić. Facet od świateł skończył koncert tańcem chochoła.

Po koncercie miało być after party z naszym udziałem, połączone z otwarciem nowego, polsko-szkockiego klubu, światła, bibka, szampan i capstrzykowa szamka… Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się przywalił tu taki tłum, że dla nas już zabrakło miejsca… Wbiliśmy się z trudem na miejsca stojące. Mimo to był ogień, sporo procentów, wiele fajnych rozmów… cdn.

16.04. 2007

Pidżama Porno – koncerty wiosna / lato 2007

17 maja / czwartek / Gliwice / Igry
18 maja / piątek / Wrocław / Juwenalia
19 maja / sobota / Strzegom / Dni Miasta
26 maja / sobota / Warszawa / Juwenalia / Agrykola
17 czerwca / niedziela / Wrocław / Koncert dla Białorusi
08 lipca / niedziela / Drawno / Piknik nad Drawą 2007
14 lipca / sobota / Węgorzewo / Festiwal Rockowy Węgorzewo 2007

03.04. 2007

PP w Szkocji i w Londynie

21 kwietnia / sobota / Edynburg / The Liquid Room
22 kwietnia / niedziela / Londyn / The Underworld

OSTATNI MARZEC TEGO LATA

Września. Miasto leży niecałe 50 km od siedziby zespołu, a dopiero w dwudziestym roku działalności Pidżamie zdarzyło się tu zagrać po raz pierwszy. Regdos stwierdził, że to był dobry koncert… a to wyjątkowo wybredny meloman, poza tym pewien Jankes – native speaker – na występach gościnnych we Wrześni, stwierdził, że mamy szanse na karierę w Jueseju no i w razie czego mógłby zostać naszym Brianem Epsteinem. Dobre! Ocena: 8

Szczecin. Koncert odbył się w cieniu dwóch tragedii: śmierci Damiana, forumowicza PP i Ronniego zabitego przez psychopatę przed Alter Ego, klubie o 70 metrów oddalonym od Słowianina. Zadedykowaliśmy im „28″ i „Idą brunatni”. Tym razem ekstazy nie było – było dużo młodzieży i chyba z naszym wiosennym setem nie trafiliśmy im prosto w serca. Po koncercie, przy pakowaniu sprzętu do kontenera przyszła grupa młodzieży groźnej z kijami siną farbą kłutymi… więc mając nienajlepsze przeczucia zrezygnowaliśmy z zaproszenia do Alter Ego. Ocena: 8,5

Gdańsk. Koncert w 99,99% dla dorosłych. Było spoko. Okazało się, że nasza młodzież starsza niewiele różni się od kinder punków… w tym sensie, że obie grupy wyglądem różnią się niewiele – stąd wniosek następny, że często nadając kinderpankowe stygmaty trafiacie kulami w płoty. Wracając do samego koncertu ? był to początek serii piekielnej na tej trasie za co Gdańszczanom serdecznie dziękujemy! Ocena: 9,9

Łódź. Frekwencyjny rekord na trasie! Łódź pobiła Kraków! To tak jakby Mateja Robert wygrał z Małyszem Adamem w klasyfikacji końcowej Grand Prix. Nowa „Deko” z zewnątrz i z wewnątrz wygląd ma klasycznie łódzki, czyli obsiurpany do granic możliwości, ma jednak jedna niezaprzeczalną zaletę, o której inne koncertowe miejscówki (z wyjątkiem Palladium i WFF) w tym biednym kraju mogą tylko pomarzyć – doskonałą ( jak na polskie warunki) AKUSTYKĘ! Proszę uwierzyć granie w takim miejscu dla muzyków to czysta przyjemność. Przy tak pozytywnej publiczności przyjemność wzrasta zbliżając się do punktu wrzenia. Ocena: 10

Kraków. Ludzi było mniej niż na urodzinach, ale za to nasze wspólne interakcje pobiły atmosferę z urodzin na całej długości. To były nasze pierwsze, gorące opinie zaraz po koncercie. Każdy wyrzucał z siebie to samo zdanie: Szkoda, że nie na urodzinach. Dziś z dwudniowej perspektywy tłumaczę sobie z przekorą ? że może tym razem było mniej „sezonów” :P. koncert miód! Ocena:10

Katowice. No więc organizatorzy byli na klasycznych dilejach, dzień wcześniej było czyjeś kawalerskie i kumacja wzajemna przebiegała zacinająco. Ludzka sprawa. Zdarza się. Dużo gorzej sprawa się ma, że nikt nie raczył nas powiadomić, jak przebiega wpuszczanie ludzi do klubu. Jak wiadomo, od czasu Bitwy pod Płowcami zawsze czekamy z rozpoczęciem koncertu aż większość ludzi do klubu się wtłoczy. I od czasów Bitwy pod Płowcami zawsze znajdą się malkontenci, którzy zapominają, że nie są na koncercie sami i że poza tym, że udało im się wejść do klubu wcześniej, niczym nie różnią się od tych, którzy na wejście czekają. Na Boga, czy to tak trudno zrozumieć??? Nie mogąc doczekać się kogokolwiek z organizatorów, po 3 kwadransach podjęliśmy decyzję, że wychodzimy bez sygnału od klubu. Wyszliśmy, gramy „Każdy nowy dzień…” i nagle widzimy pierwszego lotnika, który spierdala się zaraz za barierki: na łeb i na szyję. Za chwilę drugi. I nie widzimy pod sceną ani jednego osobnika (tzw ochrona), który jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo na koncercie. Trzeba było powiedzieć komunikat BARDZO DUŻYMI LITERAMI, bo w odróżnieniu od gospodarzy publiczność nie jechała tego dnia na opóźniaczach. Czytając niektóre komentarze po katowickim koncercie, odniosłem wrażenie, że co poniektórzy, zdegustowani uczestnicy owego eventu mają we łbach buty miast oleum. Zadym w sprawie ochrony był związany z waszym bezpieczeństwem! Skoro nikt z odpowiedzialnych za to osób nie był odpowiedzialny, ktoś inny musiał zareagować. I zareagował. Koncert był na sporym spinakerze piekielnym, ludzi jak na Maracanie, pot zbierał się nawet w coca coli. Ocena:9

19.03. 2007

26 marca 2007 roku – nowi Złodzieje w sklepach!

… ale już od 22 marca będzie można je kupić na koncertach Pidżamy Porno we Wrześni, Szczecinie i w Gdańsku. Singiel „Czekając na trzęsienie ziemi” wydany będzie tylko dla stacji radiowych, czyli nie będzie go można kupić w sklepach. Ale już dziś prezentujemy go w wersji clipowej. Miłego ściągania.

Dodatkowo można odsłuchać około 45 sekundowych fragmentów kawałków z tej płyty:
01. Gnijąca modelka
02. Ezoteryczny Poznań
03. 28 One Love
04. Stąpając po niepewnym gruncie
05. Poznańskie dziewczęta
06. Xero z kota
07. Czas, czas, czas
08. Czekając na trzęsienie ziemi
09. Porządek panuje w Warszawie
10. Bal u senatora ’93
11. Nasze nogi są jak z gumy

01.03. 2007

ZŁODZIEJE ZAPALNICZEK – 10 LAT PÓŹNIEJ

W drugiej połowie marca 2007 roku ukaże się nowe wydanie legendarnego albumu Pidżamy Porno „Złodzieje zapalniczek”. Album ponownie nagrywano późną wiosną, latem i jesienią 2006 roku, w żeleźnickim Studio Q, płytę zrealizował Tom Horn. Produkcją zajął się Grabaż z pomocą Kozaka. Na płycie znajdzie się 11 kawałków podstawowych, znanych z wydania pierwszego ( bez „Filmu o końcu świata”) oraz 3 nagrania bonusowe i jeszcze z dwie niespodzianki. Utworem promującym to wydawnictwo będzie piosenka „Czekając na trzęsienie ziemi”, do której Arek Szymański wysmażył klipa. A oto co w tej historii ma do powiedzenia Grabaż….

W lutym 2007 roku minęło 10 lat od ukazania się tej słynnej płyty Pidżamy. Przez wielu uznawanej za pierwszą „poważną” płytę w dyskografii PP. Najtrafniej ujął zawirowania z kolejnością pidżamowych krążków PDW, pisząc …”Pidżama to zespół, którego trzecia płyta ukazała się jako pierwsza a pierwsza jako trzecia…”.

„Złodzieje” byli nagrywani w 1996 roku. Dziwny to był czas… Zespół reaktywowany rok wcześniej funkcjonował wówczas na tzw. „scenie niezależnej” i w pierwszym roku koncertował całkiem sporo – jak na warunki kapel scenowych, zagraliśmy bodaj z 15 koncertów ( z tego 5 w Poznaniu), wydana na kasecie na 4 kawałkowa epka „Zamiast burzy” spotkała się z zadziwiająco dobrym przyjęciem krytyki i publiczności.

Rok później już tak niebiańsko nie było. Zespół zaproszono raptem na 6 koncertów. Ciężko przy takiej liczbie sztuk było utrzymać zespół. Każdy oczywiście chodził do „normalnej pracy”. A i tak brakowało kasy na jakiekolwiek zakupy sprzętowe, na koncerty jeździliśmy prywatnym autem Grabaża, pakując ze sobą tylko gitki, stopę i werbel. Zaczęło to śmierdzieć jakimś upiornym hobby.

Reaktywując zespół, byłem wstępnie „po słowie” z Pietią, właścicielem ówczesnego „niezależnego giganta” QQRYQ, który wyraził chęć sfinansowania i wydania nam płyty. W miarę zbliżania się terminu nagrywania, deklaracje kolegi Wierzbickiego deformowały się w gęstniejącej mgle niedomówień i telefonów głuchnących nagle… Inni giganci sceny – NNNW – zaproponowali nam 10 % w płytach, które to sami mieliśmy opylać po sklepach i po Czad giełdach. Jeszcze dzisiaj kiedy to piszę i sobie przypominam, na skondensowane rzygi mnie się zbiera.

Wówczas pojawiła się Migrena Records czyli Max z Post Regimentu i jakiś jego koleżka. Label miał być dystrybuowany przez jakiegoś majorsa. Najbardziej żałuję, że nie zachowała się umowa z tą firmą. W odróżnieniu od NNNW składała się z 3 stron (tamta z jednej), 3 krotnie również większy bił z niej kosmos – na przykład zapis, że umowa traci ważność kiedy Maksa lub kolegę relegują z pracy. Ale ci aktywiści obiecali przynajmniej jakiś pieniądz na nagranie…

Zaczynaliśmy to robić w momencie kiedy zespół praktycznie nie istniał. Jacek, nasz ówczesny basista, w połowie kawałka urywał się do pracy (uczył angielskiego w szkole), Kozak przyjeżdżał z Piły (pracował w Radio Henryka S.) na dwie godziny i nie za bardzo znał kawałki, które miał nagrywać, raz na jaki czas wlatywali do studia Sweet Nojsi i zabierali wzmacniacze, bo na koncert jechali. Wtedy przerzucaliśmy się na Eltrony. Dziadek, realizator płyty, utrzymywał, że żaden piec nie ma takiego soundu i wygaru jak sprzęt z Wrześni. Więc dochodziło do sytuacji, że jedna część piosenki nagrywana była na Gallien Krugerze a druga na Eltronie… Atmosfera nie była bojowa. Dużo fajniej zagraliśmy te kawałki na demo, rok wcześniej, ale wtedy jeszcze wszyscy pamiętali jak się je gra i nikt do pracy nie zasuwał, bo nagrywaliśmy je w weekend.

Materiał rejestrowaliśmy na zwykłe kasety magnetofonowe i czterościeżkowy kaseciak marki Yamacha ( a co?) w Studiu Czad w Swarzędzu. Wszystkie ślady bębnów Dziadek zmiksował na jeden track, pozostałe 3 zajęły gitary. Wokale i dogrywki mieliśmy nagrać w Studio Giełda w Poznaniu…

W tamtym okresie wynajęcie tego studia wiązało się z galaktyczną kasą, niewyobrażalną i nieosiągalną dla nas… no ale mieliśmy obietnicę z Migreny Rec… Wolne, czterogodzinne terminy były tylko w okolicach południa, kiedy discopolowcy szli zeżreć obiad. Niejaki Sokół (Bolter, Just5) przeżywał okres kolosalnej prosperity, więc trzepał tam muzykę na kilogramy. Kasy miał jak lodu więc obiad żarł długo, na szczęście.

W Giełdzie nagrywało się analogowo, na tzw. „szeroką taśmę” – stół każdorazowo należało konfigurować pod nasze ustawienia. Trwało to około 1,5 godziny, więc na nagrania zostawały trzy godziny. Zresztą cały materiał zmiksowaliśmy w 4 godziny. Oto wielka tajemnica mega brzmienia tej płyty.

Wiedziałem już wtedy kilka rzeczy… Pierwsza: gdybyśmy nie nagrali tego szajsu, Pidżama zdechłaby na suchoty. Druga: gdyby ta płyta się nie ukazała to najprawdopodobniej nie miałbym siły bawić się w to ponownie. Trzecia: pomimo świadomości oczywistego wiocherstwa tego materiału, żywiłem niezachwianą wiarę w moc tych piosenek, wiedziałem, że same w sobie są kurewsko niezłe. Czwarta, kto wie czy nie najważniejsza: trzeba tak szybko jak to tylko możliwe wypierdalać ze sceny niezależnej, odciąć się od tego zapyziałego i zdogmatyzowanego getta, by nie zostać na wieki: frajerem, frustratem, alkoholikiem i koniec końców – niewolnikiem nijakości i jedynie słusznej, ideologicznej biedy.

Migrena Rec. oczywiście zbankrutowała i legła w gruzach – w momencie kiedy trzeba było zapłacić za studio. Podejmowałem próby upchnięcia „Złodziei” różnym firmom – żadna nie była zainteresowana, ani te rekiny, ani niezależne karasie, jedynie SP Records wyraziła wstępne zainteresowanie – ale i w ich przypadku umarło to przy pierwszym podejściu. Szef Giełdy wysyłał do mnie prokuratora. Kasę na wykup taśmy wyłożył mój brat, Marcin Grabowski. Pomnik mu kiedyś za to postawię.

Zostaliśmy więc właścicielami materiału z fajnymi piosenkami, tyle że chujowo nagranych. Koncertów jak nie było tak nie było. Dawaliśmy te numery do posłuchania wielu osobom, mało komu się podobało, nawet zawsze nam życzliwy PDW, twierdził że mimo niezłych kawałków produkcja kuleje i trzeba by nagrać raz jeszcze. Pomyślałem sobie w duchu ( co rzadko mi się zdarza): na chuj dałem ci się Dunio, nabrać na tę zasraną reaktywację, skoro nawet i ty nosem kręcisz.

W ostatnim akcie rozpaczy wykręciłem jeszcze raz. do Pietrzaka. Przyjechałem do Warszawy. Poszliśmy z Duninem do niego. Wziął materiał. Po miesiącu zadzwoniłem i spytałem co dalej? Powiedział: słaby ten materiał, ale mogę go wydać, jak ci zależy, przyjedź podpisać umowę.

Jeden, jedyny raz w życiu zaspałem na pociąg. Umówiliśmy się na 11.30… wsiadłem w auto i w 3 godziny 15 minut byłem pod Anielewicza, Pietrzak spóźnił się dwa kwadranse:… Słuchaj, ja ciebie bardzo przepraszam, ale zaraz muszę iść do szkoły. Co to była za umowa!!! Wyszło na to, że gdybym miał wąsy, to nie mógłbym ich przez 10 lat zgolić. Drugi pomnik dla Pietrzaka….

Pamiętam jeszcze premierowy koncert – w warszawskim kinoteatrze Tęcza, na Żoliborzu, w lutym 1997 roku. Koncert zorganizował Dunin sam, bo SP się nie chciało. W dzień koncertu nastąpił atak monstrualnej zimy i musieliśmy zostawić bus ze sprzętem w Poznaniu, pojechać do stolicy pociągiem i kombinować sprzęt po znajomych. Przyszedł komplet, całe 400 osób. Tak to się zaczęło…

Od tamtego dnia wiele się zmieniło. Na licznikach mamy 10 lat więcej, 8 płyt, z 500 koncertów, pracę magisterską na nasz temat, coraz trudniej nam na siebie patrzeć bez śmiechu, wymieniła się nam kilka razy nasza publiczność, niektórzy przychodzą na koncerty z dziećmi, inni z drugimi żonami, przestali kochać nas krytycy w Warszawie (15) i we Wrocławiu (1), nawet Dunin woli Masłowską… Pomnik dla Dunina.

Nie wiem jak długo będę miał siłę pociągnąć ten cyrk dalej, podskórnie czuję, że bliżej nam niż dalej do brzegu, do kresu. Na razie tylko Czas, przechodząc obok drzwi moich, chrząka znacząco, jakby chciał powiedzieć: SZYKUJ SIĘ!!!.

Kiedy w lipcu 2006 roku na forum Pidżamy rozpoczęła się dyskusja nad celowością, a raczej bezcelowością powtórnego nagrania „Złodziei Zapalniczek”: że to bez sensu, dla kasy jeno i czarne chmury nad Bałtykiem i Tatrami, napisałem, że ta płyta to mój kaprys, za swoją kasę zresztą. Dziś dodam również – bym się w piekielnych łóżkach smażył znośniej, że przynajmniej w tym temacie, zrobiłem wszystko, jak Pan przykazał talenta rozdając. To dla tej płyty, pierwszej po 10 latach czekania ( „Złodzieje” były pierwszym moim krążkiem CD, który stanął na mojej półce z płytami) wszedłem drugi raz do tej samej rzeki i nie utonąłem. Więc drogie misie – pocałujcie wujka w podogonie, bluzgajcie, narzekajcie do woli i nie kupujcie tej płyty, proszę.
g.

27.02. 2007

Pidżamy koncerty w marcu

22.03 / czwartek / Września / Dom Kultury
23.03 / piątek / Szczecin / Słowianin
25.03 / niedziela / Gdańsk / Kwadratowa
30.03 / piątek / Łódź / Dekompresja
31.03 / sobota / Kraków / Klub Studio
01.04 / niedziela / Katowice / Straszny Dwór

10.01. 2007

Grabaż w Krakowie…

już w najbliższy poniedziałek o godzinie 18.00

We wszystkim jest poezja? – PANEL DYSKUSYJNY

Udział biorą:
Krzysztof „Grabaż” Grabowski
Julian Kornhauser
Kot Przybora

Prowadzenie:
Jarosław Lipszyc

Spotkanie rozpocznie pojedynek slam poetry:
Maciej Kaczka vs Jaś Kapela

15 stycznia (poniedziałek) 2007 r.
godz. 18.00
Sala Mehofferowska
Wydawnictwo Literackie
ul. Długa 1
Kraków